Organizacja Pożytku Publicznego, Adopcja kotów - Wrocław
Login:
Hasło:

Adopcja dorosłego kota

Tekst i foto: Edyta Turowska

Panda znalazł dom mając rok

Na minionych targach Zoobotanica sporo osób pytało nas o adopcję kota. Pokazywaliśmy zdjęcia, opowiadaliśmy o kotach i wieczne pytanie: a nie macie małych kotków? Pytaliśmy: a dlaczego interesuje Panią/Pana adopcja tylko małego kotka? Mieli już Państwo małego kotka? Bo jest malutki, śliczny i puchaty?

Jaki to jest "za stary kot"? Dla jednych powyżej pół roku, dla innych roczny, a kot 5-letni - a b s o l u t n i e za stary!

Jeszcze jestem w stanie zrozumieć, jeśli potencjalny opiekun mówi, że po prostu chce mieć kota jak najdłużej i dzielić z nim i jego dzieciństwo i patrzeć jak dorasta. Najczęściej słyszę: "bo sobie go wychowam". W jakim sensie wychowam? Nauczę czystości, porządku, proszę bardzo tutaj mamy 10 kotów, których nie trzeba już uczyć, one już potrafią.

Nadal nie?

Szprotka niedawno zamieszkała w Cieszynie

Jaki jest prawdziwy powód odrzucenia "za starego kota"? Kot może żyć i 18 lat, więc jeśli wezmę 3 letniego kota to mam w teorii tylko 15 lat razem, to 15 lat radości, ale i sporych obowiązków i wydatków.

Kto, kiedy i gdzie wymyślił, że tylko małego kotka można nauczyć czystości, że tylko maluch przywiąże się do nowego opiekuna, że tylko malucha mogę nauczyć chodzenia na smyczy, odpowiedniego zachowania w samochodzie? Nie wiem, ale prawdy w tym tyle samo, co w przesądzie, że koty przegryzają gardła śpiącym ludziom.

Małe kotki są cudne i chwała temu, kto w ogóle adoptuje kota, ale w takim razie dlaczego mikrusy wylatują na bruk? Przecież są takie śliczne i przysięgliśmy kochać je do końca życia. Na widok wszystkich maluchów, jak większości ludzi włącza mi się dziubdzianie i tirlanie i .jeeee!!!! jaki on słodki. Mimo tego, gdy podjęłam decyzję o adopcji kota wiedziałam, że chcę kota dorosłego. Wiek był mi obojętny, wiem jak długo koty mogą żyć, nie przyszłoby mi do głowy, że np. 6-letni kot to stary kot. Stary kot to kot 12-letni.

Dorosły kot i pies - wyjazd 2010

Szykowałam się do adopcji, obkupowałam w kocie gadżety i niezmiennie wyjaśniałam wszystkim znajomym, dlaczego nie chcę małego kota. Nie chcę małego kota, bo jestem człowiekiem wygodnym i nie chcę kota uczyć, że ma nie dyndać na firankach, nie chcę pozbywać się sznurków od żaluzji, nie mam siły na bawienie się z kotem 10 godzin dziennie. Potrzebowałam dorosłego, wykastrowanego (żeby było jeszcze mniej kłopotu) i spasionego kota.

Kot, jaki się nam trafił, spasiony wtedy jeszcze nie był, ze schroniskowej klatki wyłożonej gazetami od razu trafił do kuwety, a zamiast kilku miesięcy oswajania (w końcu podobno dorosłe koty nie przyzwyczajają się do ludzi) rozmiział się jakieś 15 minut po przyjeździe i nie sposób było poruszać się po mieszkaniu, bo kot ciągle ocierał się o nogi.

Krótki na pikniku

Mruczał, ocierał i trzymał się nas w odległości pół metra.

Po prawie dwóch latach, kiedy zrozumiałam, że dwa koty są lepszym rozwiązaniem niż jeden, adoptowałam dorosłą wysterylizowaną kotkę. Kicia w ciągu tygodnia dostosowała się do naszego trybu życia, zakazów i nakazów (w stylu : do kuchni kotom nie wolno wchodzić), a pierwszą noc spała mi na brzuchu.

Na każdym wyjeździe, spacerze, urlopie, jak ta zdarta płyta opowiadam ludziom, że te koty dopiero w dorosłym życiu poznały szelki, jazdę samochodem i psy na spacerach. Widzę błysk niedowierzania, czy aby na pewno? A dlaczego nie, kto powiedział, że nie?

Komi w nowym domu

Wiem, dlaczego nie, sama czytam babską prasę i niejeden raz ciśnienie mi podskakuje, gdy widzę artykuł na pół stroniczki wpajający ludziom, że jeśli kotek to mały kotek, a jeśli pies to szczeniaczek... Skąd ta "wiedza" u autorów tych bredni? Nie mam pojęcia. To taka sama prawda, jak to, że kot je wyłącznie myszy, pije mleko, śpi na piecu i zawsze spada na cztery łapy.

Z pełną świadomością poleciłam 4-letniego Komiego znalezionego zimą, w wyjątkowo mroźne Walentynki, do domu z małym dzieckiem i dorosłym psem. To nie był ryzyk-fizyk. W naszej fundacji koty mieszkają w tzw. domach tymczasowych (DT). To nasze własne osobiste mieszkania, a koty, które w nich trzymamy i dla których szukamy docelowego domu są już przez to kotami, o których wiemy wiele. Znamy ich charakter, psychikę, wiemy, który kot lubi dzieci, który będzie nadawał się do domu z psem.

Wyjazd z dorosłym kotem

Teraz Komi jest oczkiem w głowie swojej pańci i nawet latem zamiast włóczyć się po ogrodzie, leży przy jej stopach.

Dorosłe koty, nasze koty z ogłoszeń, to koty z polecenia, sprawiające mniej kłopotu, mają już za sobą szalone dzieciństwo i młodość chmurną i durną. Dorosły kot, który stracił dom, często parokrotnie lub nie miał go nigdy, jak żaden inny doceni ciepły kąt, własnego człowieka i pełną miskę. Takie koty kochają miłością wielką. Ja jestem tak kochana, mój kot kwiczy, jak wracam do domu, liże mnie po uszach i robimy noski. To jest właśnie mój kot, który kiedyś komuś znudził się i wylądował w schronisku.

Kajtuś i Plamcia - koci dorosły dwupak, już od roku czeka na dom. Pomóż im...

Przemyślmy jeszcze raz kwestię adopcji.

Latem tego roku odmówiłam przesympatycznej parze staruszków adopcji maluchów. Czy 76-letni dżentelmen będzie żył tyle ile jego kot? Oby. Niestety ja nie jestem aż taką optymistką, nie mam gwarancji, że te koty nie zasilą potem rubryki z ogłoszeniami: "zmarł kochający opiekun, koty szukają domu". Dlaczego ten sympatyczny starszy pan nie chciał dorosłego kota - bo kot był dla niego za stary !!!

Dla mnie niestety to potencjalni opiekunowie byli za starzy.

Ubieramy szelki przed spacerem

Piszę ja i moje koty, bo tak mi najłatwiej, ale nie jestem jedyną osobą, która adoptowała dorosłego kota i jest z nim szczęśliwa(tutaj można przeczytać historię sześcioletniej Kiki). Z racji spacerów z kotem bardzo często rozmawiam z ludźmi, którzy zadają mi wiele pytań. Mam nadzieję, że odpowiedziałam na część w tym artykule. Jeśli nie - zapraszam na forum, tam omawiamy wszelkie kocie sprawy i bardzo chętnie odpowiemy na wszystkie pytania. Może uratuję choć "jedną duszyczkę", która łaskawszym okiem spojrzy na za starego kota.

Mam nadzieje, że czeka mnie z moimi kotami wiele lat, ale kiedy one odejdą i kiedy ja będę stara adoptuję kolejnego dorosłego kota. Może i nawet prawdziwego kociego dziadka.


Dlaczego warto dać szansę dorosłemu kotu

Tekst i foto: Barbara Dziekońska-Łęga

Historia Dezyderego (fundacyjne imię Dezerter) jest podobna do historii setek innych kotów, które trafiają pod opiekę kocich fundacji. Były sobie działki, na których bez opamiętania mnożyły się koty, chorowały, umierały, głodowały a inne żyły latami. Kolejny koci miot już podrośniętych maluchów błąkających się w poszukiwaniu jedzenia. Trójka nieoswojonego, burego rodzeństwa trafia do DT. Wszyscy mają jakiś defekt ogonka. Koteczka ma na końcu lekko krótszego ogonka futrzany pompon, a u dwóch kocich chłopców końcóweczki ogona są złamane. Nikt nie wie, czy to wada wrodzona czy coś się wydarzyło, co zmieniło ich wygląd. Nikt nie zastanawia się nad diagnostyką, to nie jest najważniejsze. Koty są zdrowe, wymagają odrobaczenia, odpchlenia i szczepienia a przede wszystkim oswojenia. Po kilku miesiącach pracy jeden z kocurków nadaje się do adopcji i znajduje dom. Pozostała dwójka zmienia DT bo w pierwotnym już niczego nie można osiągnąć. Koty nie są agresywne, nie popadają w histerię na widok człowieka, jednak dotykanie nie wchodzi w grę. Nowy DT dwoi się i troi i po kilku miesiącach poddaje się. Miejsce jest potrzebne dla innych kotów, które „rokują” dobrze. Tak Dezerter (nie bez powodu tak został nazwany – zawsze dezerterował przed kontaktem z człowiekiem) i Kika trafiają w miejsce gdzie jest wiele kotów a człowiek przychodzi raz dziennie obsłużyć je kuwetowo i pokarmowo. Mieszkają tam ponad rok. Kika w minimalnym stopniu zmienia swoje nastawienie do ludzi, pilnie obserwuje ich z daleka ale na karesy godzi się jedynie przy pełnej miseczce mokrej karmy. Dezerter z czasem uczy się „gadać” z człowiekiem i mimo ogromnego lęku i oporów zdybany siłą wystawia brzuszek do miziania gruchając przy tym jak gołąbek. Jego obecność wśród innych kotów łagodzi obyczaje. Zupełnie nie wiadomo jak i dlaczego działa na inne koty uspokajająco, jego obecność daje gwarancję, że każdy nowy kot wprowadzony do stada zostaje przyjaźnie przyjęty i po krótkim czasie czuje się bezpiecznie. Niestety próby wyadoptowania pieszczocha nie przynoszą rezultatów. Każdy obcy człowiek pojawiający się wśród kotów powoduje, że Dezerter dezerteruje, chowa się w najciaśniejszej dziurze i nie wychodzi tak długo jak obcy jest w pomieszczeniu. „Wirtualnemu” kotu nie da się znaleźć domu. Aż Wolontariuszka opiekująca się stadem podejmuje decyzję, że weźmie do domu Dezertera jako towarzysza zabaw młodego rudego kota, który swą energią zamęcza rezydujące w domu dwie kotki. Strach i obawy przed kolejnym dokoceniem są ogromne. Jak Dezerter odnajdzie się w domu? Czy dorosły kot może dogadać się z trzema innymi dorosłymi kotami w domu? Czy raz wypuszczony będzie „obsługiwalny”? Czy koty się zaakceptują i nie dojdzie do trzeciej wojny światowej? I jak przekonać męża aby zgodził się adoptować kota, którego nie da się zobaczyć przed podjęciem decyzji?

Mąż po długich dyskusjach i próbach zobaczenia Dezyderego zaufał żonie i zgodził się na kota, którego nigdy nie widział.

I w końcu nastał ten trudny dzień. Klatka bytowa rozstawiona w jednym pokoju. W klatce przygotowana kuweta dla Dezertera, posłanko i miseczki. Równocześnie plan co będzie jeśli między rezydentami a nowym kotem będzie dochodziło do jawnych oznak niezadowolenia. Dezerter z wielkim trudem złapany do transportera, wizyta u weterynarza aby kota przygotować na nowe – obcięcie pazurków, odrobaczenie. Nie obyło się bez strat w ludziach. Podrapana Wolontariuszka, weterynarz, próba zdemolowania gabinetu. Wolontariuszka mokra z nerwów wiezie kota do swojego domu. W końcu Dezerter trafia do klatki bytowej. Niepokój a raczej paniczny strach ogarnia Wolontariuszkę. Co teraz będzie?

Co ja najlepszego zrobiłam?

I nagle staje się coś czego zupełnie nikt się nie spodziewał. Do klatki podchodzi kot rezydent, patrzy na przybysza, próbuje go powąchać przez klatkę a gdy się to nie udaje wywala brzuszkiem do góry przed klatką wsadzając łapeczki do klatki i pomiaukuje przyjaźnie do „Nowego”. Dezerter wącha rudzielca i nie uzewnętrznia żadnych emocji. Nie jest źle. Rezydent jest zachwycony przybyszem, a ten ze stoickim spokojem znosi obecność innych kotów. Rezydentki nie są zachwycone tym, że pojawia się kolejny kot, ale znoszą to z godnością, w jednym przypadku zaprawioną nutą wrogości. Wbrew wszelkim zasadom, następnego dnia Dezerter zostaje wypuszczony z klatki. Jak przystało na dezertera chowa się za kanapę, gdzie mieszka kolejne dwa dni, odwiedzany regularnie przez rezydenta. Po dwóch dniach staje się cud. Dezerter wychodzi z ukrycia i swoim zachowaniem oznajmia, że tu jest fajnie i on od dziś staje się kotem domowym, oswojonym a mizianie kocha ponad wszystko. Rudzielec staje się najlepszym przyjacielem. Koty stają się nierozłączne. Mąż Wolontariuszki stwierdza, że od dziś jest to Dezydery i tak już zostaje.

Dezydery w warunkach domowych stał się kotem o niezwykłym usposobieniu. Jest najłagodniejszym kotem świata, kocha ludzi, kocha inne koty. Jest niezwykle empatyczny. Wyczuwa nastroje w domu, wyczuwa nastroje nie tylko ludzi ale i kotów. Zawsze wie jak się zachować. „Personel” nie wyobraża sobie życia bez niego. W krótkim czasie w domu zachodzą poważne zmiany, nowotwór zabiera najstarszą rezydentką a 3 miesiące później FIP zmiata z powierzchni ziemi największego przyjaciela Dezyderego. Rudzielec Guś po miesięcznej walce z chorobą odchodzi za tęczowy most. Obserwowanie rozpaczy kota po stracie przyjaciela rozdziera dodatkowo serce. Dezydery cierpi w milczeniu, ale w sposób zauważalny. Po stosownej kwarantannie dla bezpieczeństwa wszystkich, do domu trafia małe kocie, które od pierwszej chwili zostaje przyjęte przez wujcia Dezyderego z wielką miłością. Znów ma kumpla do biegania po domu, do wspólnego spania i zabaw bez końca. Odzyskał radość życia i uczy małego jak żyje się w domu. Jak przystało na troskliwego wujka pozwala małemu się podgryzać i kopać w zabawie, samemu będąc delikatnym aby nie zrobić krzywdy.

Historia Dezyderego powoduje, że zadaję sobie pytanie: jak wiele kotów nie dostaje swojej szansy na pokazanie prawdziwej natury tylko dlatego, że w warunkach nienaturalnych DT nie mają odwagi się w pełni otworzyć na człowieka, bo są już dorosłe a to zmniejsza ich szansę na adopcję w stopniu dramatycznym. Często odrobina cierpliwości, empatii i miłości działają cuda. Koty „nierokujące” zmieniają się tak, że nikt nie chce wierzyć, że jeszcze niedawno był to dzikus. Zadaję sobie również pytanie, dlaczego ja, jako obecny „Personel” Dezyderego, tak długo zwlekałam z podjęciem jedynej słusznej decyzji o zabraniu do domu Dezertera, który stał się Dezyderym.